niedziela, 24 lipca 2011

Boski porządek

Sławomir Kańkowski
"Boski porządek"

Żniwa, pracaw polu, zaprawy na zimę, odpusty i dożynki. Tradycja.
Przyjaźń, zawiść - uczucia zawsze i wszędzie takie same.
Poddane prawom natury życie na wsi ma swój stały i niezmienny rytm. Boski porządek to wpisana w wiejski, sielankowy obraz krytyka naszych ludzkich przywar, to zaduma nad przemijaniem i ponadczasowymi wartościami.

Do Stacha w zasadzie nic nie mieli, poza tym, że wkurzali się strasznie na jego widok. To też pewnego ciepłego wieczoru postanowili, że zrobią mu kawał. Plan był prosty. Stachu co wieczór przesiadywał u pewnej pulchnej mężatki, a wracając do domu, przejeżdżał przez całą wieś. Uknuty plan przewidywał zatem, że amanta należy wzorcowo i porządnie wystraszyć.

Umówili się na wpół do jedenastej przy starej wierzbie.
- No i co, masz te gały? - niecierpliwił się przyszły duchowny, śmiejąc się do rozpuku.
- No pewnie. A ty masz prześcieradło?
- Jasna sprawa, że mam. Dobra, przymierzmy ten sprzęt.
To mówiąc, włożył połówki piłeczki pingpongowej w oczodoły i przywdział prześcieradło. Jachu z wrażenia aż oniemiał.
- Kurde, ale jaja.

(...) Naraz usłyszeli odgłosy rozklekotanego roweru. (...) Jachu pospiesznie przywdział prześcieradło i włożył pingpongowe oczy. Gdy niczego nieświadomy rowerzysta zbliżył się na odpowiednią odległość, zjawa wyszła zza drzewa. (...) Stachu nie od razu dostrzegł ducha, dopiero po chwili włos mu się na głowie zjeżył, a oczy nabrały wielkości pięciozłotówek. Ze strachu tak mocno nacisnął na pedały swojej damki, że zgrzyt przepuszczającego od tego momentu torpeda bardziej przerażał niż skręcający się ze śmiechu upiór. Pomimo to nabrał takiej prędkości, że o mały włos nie trafiłby do bramy. (...) Ciężko przerażony nie zdążył wyhamować przed szopą i z całym impetem wjechał weń, zatrzymując się z wielkim hukiem na przeciwległych wrotach. Zdyszany, spocony i poobijany, podniósł się szybko z glinianej posadzki i co sił w nogach ruszył w kierunku domu. Niestety, drzwi wejściowe były (...) zamknięte. Przeliczył się więc i chcąc w pędzie znaleźć się w domu, wyrżnął w solidne dębowe drzwi aż do bólu. (...)

Na drugi dzień we wsi o niczym innym nie mówiono. Niektórzy nawet próbowali kojarzyć zjawę z jakąś zmarłą dawno temu osobą. Stachu zaś od tamtej pory wracał do domu, gdy słońce było jeszcze na niebie.



Tyle można się dowiedzieć z okładki książki. Wystarczyło żeby mnie zainteresować. Dalsza część przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Książka cała jest wzbogacona wspomnieniami o zabawnych przygodach, kawałach i wybrykach dwóch urwisów. Gdy dorośli poczucie humoru też ich nie opuszczało, a przy tym sentymentalne przedstawienie uroków polskiej wsi za czasów komuny. Myślę, że książka ta stanie się bliska wszystkim tym którzy znają wieś od podszewki. Pozostałym też ją polecam, uśmiejecie się do łez. Panie Sławku, gratulacje, świetna książka.
Dla tych co nie czytają bo szkoda im pieniędzy na książki dodam że w księgarni Matras można ją wyszperać w promocyjnej cenie za 4,90zł, to nawet papierosy są 2 razy droższe.

piątek, 22 lipca 2011

Kłamca

Jadę dziś na pole kopać ziemniaki. Pogoda nie nastraja mnie optymistycznie, z nieba siąpi, normalny człowiek siedział by w domu, a ja jadę babrać się w błocie za marne pieniądze. Ale cóż, klient nasz pan, chyba wypada się cieszyć, że znalazł się chętny przy takim nadmiarze towaru na giełdzie warzywnej. No więc jadę, a w Radiu Zet spiker zapowiada utwór na słoneczne lato. To ta piosenka



kłamca, kłamca... a ja się zastanawiam, jakie słoneczne? pogoda barowa a tu o jakimś słońcu mowa, nawet piosenka mówi że to kłamstwo.

Jeśli chodzi o robótki... coś tam robię, ale z racji awarii aparatu foto nie mam się czym pochwalić. Szkoda, bo jak już pewnie będę miała czym uwiecznić to nie będzie czego pokazywać gdyż zdąży się rozejść to i owo, a dubli jakoś wykonywać nie lubię i nie chcę

środa, 20 lipca 2011

Chciałam żeby było wesoło, przyciągająco, ciekawie i fajnie.
Wyszło jak zawsze, smętnie, nudno i ponuro.
Chodzi oczywiście o mój blog
Jak już znajduję siły żeby coś napisać to okazuje się, że nie za bardzo mam o czym.
A pisać o dołujących rzeczach nie chcę. A cisną się te "choinki" i "sekwoje" przed szereg.
Nie mam weny twórczej, wkurzam się.
Wracam do robótek bo wydawało mi się że nie najgorzej mi to szło, to natrafiam na wielki kosz z biżuterią np w Carrefour za śmieszne pieniądze. Widzę mieszające w nim babki, lada chwila zaczną sobie wydzierać jakiś tandetny naszyjnik którego kopia leży obok, a obok kopii druga kopia. I jak tu wygrać z taką tandetą?



Jacuś przywiózł dziś dzieciom arbuza. Zostawił na stole. Przychodzi Adaś i pyta:
- Co to jest? (dziecko widziało już na oczy arbuza, tylko chwilowo nazwy sobie przypomnieć nie mogło)
- Arbuz - odpowiadam i kroję mu porcję, dostaje do pulchnych łapek
- Mmmmmmmm, pyszny, to jest mój ubiulony!!!

wtorek, 12 lipca 2011

o Polaku

Na pytanie jak się masz? Przypuszczam że Anglik odpowie:

- Thank you, i fine!

Francuz
- Bien merci!

Włoch
- Grazie, bene!

Hiszpan
- Gracias, así!

Niemiec
- Danke, gut!

Holender
- Dank je, goed!

Portugalczyk
- Obrigado, bem!

Duńczyk
- Tak, godt!

Przypuszczam że nawet Rosjanin odpowie
- Благодарю вас, хорошо

a Polak?
- Eeeeeeeeeee, lepiej nie pytaj!
albo
- Eeeeeeeeeee, idć do chol...! i dalsza nie cenzuralna wiązanka leci.


Mam takiego rasowego Polaka pod nosem, wiecznie nie zadowolony. Ów Polak widząc, że wykonuję pracę, która no powiedzmy ma nie pewną szansę, że zaowocuje sukcesem, marudzi mi po co to robisz, i tak nie warto i bla bla bla. Ja sobie myśle w tym momęcie: zrobię bo a nóż widelec może się uda, lepiej zrobić niż siedzieć bezczynnie.
Nie opodal przechodzi drugi człowiek i mój rasowy Polak widząc go zaczyna opierniczać, że tamten nic nie robi, aby się leniwi, zrobił by to czy to, zamiast "łazić".
Ja rozumiem że są w każdej sytuacji dwie strony medalu, ale czy przyjdzie kiedyś taki czas, że da się temu mojemu rasowemu Polakowi dogodzić i będzie wreszcie zadowolony?!

niedziela, 10 lipca 2011

Kiedy jestem zła - maluję

Kiedy jestem zła np na gości którzy się zapowiedzieli że wpadną a w ostatniej chwili odwołują przybycie siadam i np coś sobie rysuję. Rysunek odbywa się w Paint. Nie jest to profesjonalny wyczyn a więc i za tutorial proszę tego nie brać. Fachowcy pewnie mnie wyśmieją.

Malowidło zaczyna się od kilku kółek



Teraz do pracy rusza gumka, to co nie potrzebne do wymazania.



Dalej już nie tylko kółka ale i inne naciągane kreski



mama hipcia już jest



i znów kilka kółek i gumki



coś już zaczyna przypominać



Mały wylądował za daleko mamusi, trzeba go lekko przesunąć



i trochę wody



nareszcie kolory



Dalsza praco to już w Gimp, woda nie za bardzo mi wyszła więc ją troszkę zmieniłam, kilka cieni i blasków na hipciach i finito.



fajnie się bawiłam i tyle

piątek, 8 lipca 2011

Grunt, że gnaty mocne mam

Wielu już o państwowej służbie zdrowia pisało. Rzadko kto wypowiadał się o niej w zachwycie. Niestety i ja fanką nie zostanę. Dwa dni temu przydarzył mi się drobny wypadek. Patrząc z boku "drobny" może nie przypominał, ale szczegółów czepiać się nie będziemy... a może po prostu ja taka twarda sztuka jestem. Gdyby nie teściowa to pewnie i do lekarza bym nie poszła, skoro już poszłam to szanowny mnie wysłał od razu na zdjęcie RTG i do poradni chirurgicznej. W pierwszy dzień z anielską cierpliwością wędrówkę po poradni zaczęłam, niestety, szanowny pan chirurg nie chciał mnie już przyjąć bo była już 13sta a tylko do 12stej rejestrują. Proszę przyjść jutro. Jutro czyli dziś już taką cierpliwością obdarzona nie byłam, a że czekanie na pewno mnie nie minie, postanowiłam sobie czas spędzony w poczekalni umilić książką. Specjalnie do poradni też się nie śpieszyłam gdyż przypadł mi w udziale nr 19sty, niby nie tak daleki, ale od rana do 13stej chirurgom zeszło zanim mnie przyjęli. Zdążyłam w tym czasie 4 rozdziały książki przeczytać gdy wywołano moje nazwisko. Sama wizyta trwała bagatela aż 2 minuty. Wszystko w porządku, ja tu żadnego złamania nie widzę, a jak będzie panią boleć to sobie pani jakieś tabletki przeciwbólowe weźmie.... No to sobie biorę. Tylko, że tyle to i bez specjalisty chirurga wiedziałam. Grunt, że gnaty mocne mam i miednica nadal w jednym kawałku

wtorek, 28 czerwca 2011

Przy robótkach odpoczywam

Czasu na cokolwiek to ja ostatnio niestety nie mam. Nawet jak już się wydaje że będę mieć luźniejszy dzień to naglę dostaje telefon od męża: Kochanie, złapałem kupca na kapustę do kiszenia, trzeba uszykować 2 tony... na już. Oczywiście o tym "kochanie" to moje Kochanie zapomniał i musiałam już sobie sama to dopowiedzieć. Praca pracą, ale nie była bym sobą gdybym w przerwie na herbatkę czy szybki posiłek nie machnęła choćby jednej kulki szydełkiem. To nic że dłonie bolą od pracy, to nic że nóg nie czuję. Ja przy robótkach po prostu odpoczywam, a to że mam ich pozaczynane nie wiadomo ile i też nie wiadomo kiedy je skończę... to już inna para kaloszy.





czwartek, 16 czerwca 2011

O choinkach

Czasem gdy wchodzę na mój blog i widzę, że nic ostatnio w nim nie przybywa, myśle sobie po jaką chole... ups, od kąt Adaśko załapał ode mnie kilka niecenzuralnych słów postanowiłam dla własnego i dzieciowego dobra unikać ich. No ale jakoś ulżyć sobie trzeba, a że w słownictwo jestem ostatnio uboga no to jak w aptece, jak cie na leki nie stać, to trzeba użyc jakichś zamienników
no to jak jestem wypruta z pomysłow
albo przemęczona codzienną nietwórczą pracą
albo powalona jakimiś bolączkami
albo załamana awariami rzeczy martwych
spoglądam na ten blog jak szpak w pięć groszy
i myśle:
- po choinkę
- po cis pospolity
- po cyprysik nutkajski
- po jałowiec chiński
- po jodłę balsamiczną
- po metasekwoje
- po sosnę ościstą
- po żywotnik szmaragdowy
- po...
- po...
- po co ja tego bloga jeszcze piszę?



Chyba wychoinkowałam się na cały miesiąc

a tak z dnia codziennego... skoro nie mogę robić tego co bym chciała, no to zabrałam się za to co chciałam kiedyś ale mi choinek zabrakło. Były nie dawno u nas targi rolno - ogrodnicze. Nakupiłam tego i owego no i czekałam jak na zmiłowanie za deszczem który nie nadchodzi, a w ogródku jak na skale, szpadel złamać można. Kilka wiader potu i udało się ... zagospodarowałam jakąś... jedną dziesiątą ogródka, a reszta... czas pokarze.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

o wróblach, kurach i innym drobiu

"idę przez wieś,
okna wszystkie szklane,
a u naszego Jacka,
gaciami zapchane"

tak mi się akurat przypomniało, pewien dzieciak który dziś już dziecka nie przypomina zaśpiewał taką przyśpiewkę na moich weselnych oczepinach.

Idę sobie przez... sąsiadowe podwórko, widzę idzie kura, prowadzi małe kurczaczki, ale po bliższym przyjrzeniu, stwierdziłam że to nie kurczaki, więc cóż to? Ech, znowu sąsiad podłożył kurze jaja perliczki. Ta oczywiście swą powinność uczyniła i teraz wychowuje jako własne. Widać można jak się chce. Przyszła mi do głowy wtedy myśl jaką często powtarza mój szwagier: nie ważne kto zrobił, ważne kto wychował.
Po powrocie do domu na balkonie znajduję porzucone pisklę. Małe, mizerne i martwe. Obok także naklute jajko, widać ptasia mama zrobiła selekcję w gnieździe. No i nachodzi mnie refleksja, czemu tamta kurza mama przyjęła cudze jak swoje a ta, coś jej nie pasuje to fora z gniazda. Kilka dni później, czyli dziś na balkonie znajduję kolejne pisklę. Tym razem żywe i sporo podrośnięte. Ma już nawet kilka piórek. Dobić nie miałam sumienia, wyrzucić też nie, bo pisklak już dźwięki jakieś wydawał. Wzięłam do domu. Packę w dłoń i polowanie na muchy. Jak na złość jak zawsze było kilka upierdliwych to tym razem jak na receptę. Znajduje kilka, wpycham malcowi do dzioba. Ten jak roztworzy tą swoją paszczę to co to taka mucha na niego jak by tam spokojnie i owada wielkości szerszenia wsadził. Myślę sobie, przeżyje albo nie. Jak przeżyje to fajnie, ja nie no trudno, przynajmniej próbowałam. Po kilku muchach wróbel, bo taki to go gatunek, szkoda że nie wilga ale co tam, odzyskał siły i co chwile się kolejnej muchy dopominał. Na zmianę z dzieciakami urządzaliśmy polowanie na owady. Ptaszysko spokojnie zeżarło ich z 80 szt. Walnęło przy tym 2 gigantyczne kupy. Już się nie dziwie że matka go z gniazda wywaliła. Jak bym tak miała za setką much co dziennie latać... nie chciałoby mi się. Wniosek, nie ma co być pazernym w życiu bo cie z ciepełka wywalą.

wtorek, 31 maja 2011

Czasem moje lenistwo na dobre wychodzi



Czasem mam już dość. Robię kilka rzeczy na raz tak jak na tym rysunku wyżej, a parę godzin później i tak jest ten sam kataklizm w domu. Wtedy dopada mnie lenistwo, nie chce mi się zrobić tego i owego. Nie chciało mi się umyć dziś okien, a już świata przez nie nie widać, nie chciało mi się wywiesić prania na balkon żeby przez noc przeschło ... i dobrze, właśnie sobie nieźle grzmi, oberwanie chmury na całego, pranie i tak mokre by było, okna i tak by się ufajdały. Czasem to moje lenistwo na dobre mi wychodzi.

Ale dobrze, że przyszła burza. Bo dzisiejszy dzień można uznać za koszmarny. Wszystkim się udzielał upał. Wyjeżdżam z parkingu z pod Biedronki, przepuszczam samochody z lewej, nagle jeps, samochód mi zgasł, ja w szoku nie wiem co się dzieje, a tu widzę że ktoś mi w zadek wjechał. Ja żadnej straty nie miałam gdyż autko posiada hak z tyłu. Niestety dziewczyna która we mnie wjechała miała odciśniętą kulkę w zderzaku. Wysiadła z auta, zobaczyła że żyję obie machnęłyśmy ręką, ja - bo po co, i tak jest ciężki dzień. Ona - bo pewnie nie jechała własnym autem, machnęła ręką jakby za chwilę miała udawać przed właścicielem samochodu że to nie ona zrobiła.
Kolejny mój przystanek to Lewiatan. W tym upale, naprawdę mi się śpieszyło. Chciałam jak najszybciej znaleźć się już w domu. Podbiegam do lodówek z wędlinami i... nie ma mnie kto obsłużyć, czekam 5 minut, już zaczynałam "choinkami" pod nosem walić, w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam odpowiednio głośno: ja tu kradnę!!! Od razu pracownica się znalazła i mnie obsłużyła. To nic że brałam tylko 1 kg wędliny. Lecę w te pędy do kasy, a tu znowu nikogo nie ma. "choinka pręgowana" co to bezrobocie, wczasy, czy już bakteria E coli wszystkich dopadła?! Moje nerwy są na skraju wyczerpania. Mówię sama do siebie: niech mnie ktoś obsłuży. No i przychodzi w końcu jakaś pracownica, ale nie powiem, na dzień dobry przeprosiła bo akurat dużą dostawę towaru miały i ... wszystkich amba wcięła

piątek, 27 maja 2011

Wpadnij do Dobrzycy

Masz po drodze, to wpadnij do Dobrzycy. Oprócz wymienionych niżej atrakcji będzie również wystawa rękodzieła z możliwością zakupu i ja też tam będę.




DNI DOBRZYCY - 28 maja 2011
miejsce : Park Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy
PROGRAM:
8.30 - Zawody wędkarskie dla dzieci - staw w parku
11.00 - Podsumowanie działalności Zespołu Doradczego w powiecie pleszewskim - oranżeria
11.30 - Szkolenie na temat ubezpieczeń rolnych - oranżeria
12.00 - Spotkanie z Marszałkiem Województwa Wielkopolskiego - oranżeria
13.00 - Rozpoczęcie Konkursu Kulinarnego z degustacją dla wszystkich - namiot
14.30 - Część artystyczna
19.00 - Występ lokalnych zespołów: Monroe, Little Wing - scena główna
21.00 - Występ zespołu Oddział Zamknięty - scena główna
22.30 - Zabawa taneczna








czwartek, 26 maja 2011

Leniwy dwa razy traci

Leniwy dwa razy traci!!! Już to widzę jak zaspany przypadkowy ktosik kto czyta moje bzdety już krzyczy że to nie Leniwy był a Chytry. Ja jednak udowodnię że się nie przejęzyczyłam. Jakiś czas temu zrobiłam rewolucję w jednym pomieszczeniu gospodarczym. Rewolucja ta polegała na całkowitym jego opróżnieniu. Została jedynie wykładzina pcv którą i tak wyniosę ale później. To co wyniosłam trzeba było gdzieś po upychać, bo wyrzucić szkoda. I tak jeden dość ciężki karton wylądował na wysokiej szafie na klatce schodowej. Dziś niestety musiałam skorzystać z jego zawartości. Ztachałam ten karton na podłogę, wyjęłam co potrzebowałam i... pozostawiłam go na podłodze bo kto by tachał taki ciężar z powrotem na szafę. Za jakiś czas Adaś gdzieś przepadł, nie było go dłuższą chwilę, a potem nagle namiętnie szorował się w łazience. Oczywiście śladów zbrodni nie dało się już ukryć. Przyczłapał więc do mnie z rękoma schowanymi za sobą i mówi: mamo, ja nic!
Acha!!! Adaśkowe NIC zawsze znaczy że znowu coś zmalował. A zmalował konkretnie. W tajemniczym kartonie bowiem Adaśko znalazł moje farby akrylowe. Obrazów już dawno nie maluje ale farby pozostały. Cwaniak mały poodkręcał wszystkie tubki i... powyciskał ich zawartość na podłogę. No pięknie, nie chciało mi się kartonu dygnąć na szafę to nie mam teraz farb, miałam za to spory bajzel do posprzątania w trybie natychmiastowym póki mazidła nie zaschły. No i co, a nie mówiłam że leniwy dwa razy traci.



Ten obraz namalowałam kiedyś... oj kiedy to było... daaawno.

środa, 25 maja 2011

a tak sobie



No i stało się. Popsułam kolejny aparat fotograficzny. A może nie popsułam, po prostu termin przydatności już mu się skończył. Co mu dolega, no cóż, nie staje mu! Obiektyw nie chce się wysuwać. Zacinka kompletna. Jak paluchem nie pociągnę to się w ogóle nie otworzy, a jak już się łaskawie otworzy to po zrobieniu 2-3 zdjęć chowa się bez uprzedzenia, trach i w d... mnie ma. Mogłabym do niego gadać tak samo jak do ślimaka, pokarz, pokarz rogi, równie dobrze by nie posłuchał.
Czyżby czekał mnie kolejny zakup? Ech... czy on nie mógł się popsuć za tydzień, jak już było by po wystawie.

Dziś odkryłam, że trafił mi się jakiś wyjątkowy typ faceta. Niestety, albo i stety ta wyjątkowość jest dziedziczna. Jeszcze nie dawno toczyłam boje z mężem o moje być albo nie być, a dokładniej iść czy nie iść na basen. Ja chciałam, on nie chciał żebym chodziła. Dlaczego? A kto się w tym czasie dziećmi zajmie? Beznadziejna ta wymówka ale niech tam, jakąś musiał mieć. Na pchły mu się ta wymówka zdała bo i tak poszłam. No i tu się ukazała ta wyjątkowość mojego faceta kiedy to odkrył, że na basen oczywiście pójdę, ale nie raz tylko kilka razy. Jego odkrycie chyba bardziej wstrząsnęło mną niż nim, a dokładniej tekst jakim mnie uraczył: bo ja myślałem że pójdziesz raz, a tu nagle słyszę że karnet masz na 10 wejść!!! Tekst wypowiedziany był w taki niewiarygodny sposób jakby to właśnie przyłapał mnie na zdradzie. Tak mnie tym tekstem zastrzelił, że sama słowa nie potrafiłam wypowiedzieć aby odbić piłeczkę.
Wyjątkowość ta przeszła też na mojego syna. Dziś poprosiłam Maćka aby popilnował przez 15 minut Michasia żebym mogła w tym czasie posprzątać trochę w kuchni. Na co Maciek zareagował oczywiście z iście tatusiowym oburzeniem: przecież sprzątałaś ją wczoraj!!! No fajnie, od dziś będę zmywać po obiedzie i sprzątać kuchnie nie częściej niż raz na tydzień i to tylko wtedy gdy jacyś goście mnie uprzedzą, że zamierzają odwiedzić, w pozostałe dni nie będę bo przecież "wczoraj" to robiłam.

sobota, 21 maja 2011

o miłości i scypawkach

Dziś o imionach nie będzie. W sumie to ktoś poradził mi żebym napisała o miłości (jak nie mam o czym pisać) no to dawaj o tej miłości

Lekarz wypisując chorego po operacji:
- Nie palić, nie pić, co najmniej 9 godzin snu dziennie.
- A co z seksem?
- Tylko z żoną! Wszelkie podniety mogą Pana zabić!







Pani w szkole pyta Jasia:
- Jasiu, podaj zwierzątko na literę S.
- Scypawka - odpowiada Jasiu.
- Dobrze. Powiedzcie dzieci zwierzę na literę D - tu pani zwraca się do klasy.
- Dwie scypawki - odpowiada Jasiu.
- Dobrze. A podajcie zwierzątko na literę C - każe pani powiedzieć dzieciom. Jasiu znowu był najszybszy:
- Cyzby jesce jedna scypawka?

i tym miłym scypawkowym akcentem miłej nocy życzę.

poniedziałek, 16 maja 2011

Naszyjnik Brendan

Ten naszyjnik to jeden z tych które gdy zaczynałam robić miały zupełnie inny projekt, ale w trakcie tworzenia z różnych powodów, a przeważnie z lenistwa zmieniałam koncepcję i taki oto misz masz wyszedł na finiszu.



Brendan, Brandon — imię męskie pochodzenia walijskiego, oznaczające "książę". Patronem tego imienia jest św. Brendan, VI-wieczny mnich i eremita irlandzki, który według legendy w poszukiwaniu odosobnienia wyruszył łodzią na ocean Atlantycki.



niedziela, 15 maja 2011

Nadzieja, Miłość, Symplicja

Frywolitki na dziś to znów kolczyki. Chyba po raz kolejny udało mi się wybrać nie wiarygodne imiona, gdyby ktoś nie wierzył że takie istnieją, zapewniam że tak napisano w Wikipedii. A wiecie że 15 maja 1896 roku opatentowano płatki kukurydziane?! Wszystko ta nasza Wikipedia wie ;)
Inne ciekawostki:
- 1905 – Założono Las Vegas.
- 1928 – Odbyła się premiera pierwszego filmu rysunkowego z Myszką Miki.
- 1956 – Stanisław Królak jako pierwszy Polak wygrał Wyścig Pokoju.

Nadzieja – imię żeńskie, nawiązujące do jednej z trzech cnót wiary. Modne na Zachodzie imię Nadia jest zdrobnieniem od rosyjskiej wersji tego imienia, Nadieżdy. Wśród imion nadawanych nowo narodzonym dzieciom, Nadia w 2009 zajmowała 22. miejsce w grupie imion żeńskich



Miłość - imię żeńskie, nawiązujące do jednej z trzech cnót wiary. W Polsce nadawane bardzo rzadko, jednak popularne na obszarze wschodniosłowiańskiego prawosławia jako Lubow. W języku angielskim popularne jako Love.



Symplicja - imię żeńskie pochodzenia łacińskiego, od łac. simplex - "prosty, uczciwy". Patronką tego imienia jest św. Symplicja z Nicei.

sobota, 14 maja 2011

Ampelia i Fenenna

Ampelia – imię żeńskie pochodzenia greckiego, oznaczające "hodowczyni winorośli".



Moje pierwsze z filcem
i stosowne imię do nich
Fenenna, Fejenna (?) — imię żeńskie pochodzenia hebrajskiego (פְנִנָּה — "perła"), notowane w Polsce w średniowieczu[1], w dynastii Piastów.



i znów walczę z katarem, brrrrrrrrrrrr, nienawidzę!!!

środa, 11 maja 2011

Majola i Stella

Naszyjnik Majola

Majola — imię żeńskie pochodzenia łacińskiego, od słowa oznaczającego "maj". Patronem tego imienia jest św. Majol, opat Cluny (X wiek).



i kolczyki Stelli

Stella – imię żeńskie pochodzenia łacińskiego. Wywodzi się od słowa oznaczającego "gwiazda". Patronką tego imienia jest św. Stella, żyjąca w Galii w III wieku.



Adaś faktycznie jadł pomidory, gratuluję spostrzegawczym.

niedziela, 8 maja 2011

Amat, redyska i midopory

Od jakiegoś już czasu zauważyłam, że w kalendarzu mamy dużo więcej imion męskich niż żeńskich, a i te drugie bardzo często wywodzą się od pierwszych. Dlatego dziś postanowiłam użyć męskiego imienia do nowego naszyjnika.

Amat — imię męskie pochodzenia łacińskiego. Wywodzi się od łacińskiej nazwy rodowej (Amatus), która z kolei dosłownie oznacza "ukochany, drogi, kochany





Sezon na redyskę ogłaszam za otwarty
Tak kochani, od jutra siedzę i pęczkuję rzodkiewkę. Po 10 sztuk do pęczka, później kąpiel, po 20 pęczków do woreczka i na giełdę warzywną. A potem wielki żal. A dlaczego? A dlatego że chodzisz nad tym ileś tam dni, pielęgnujesz, starasz się wyhodować zdrowe, nie przesadzasz z chemią tak jak to robią zagraniczni rolnicy, a potem przychodzi taki "pan zgred sklepikarz" i wybrzydza, i marudzi że za mało różowa, że za mało okrągła itp ech, marzę by wróciły czasy gdy to przychodzi odszczelona wyfryzurowana i wypielęgnowana starsza pani na szpileczkach, kupuje kalafiorka i się nie pyta czy zdrowy tylko czy robaczek siedzi? a czemu robaczek? ot po prostu, robale nie głupie, trującego nie ruszą, a jak ruszą to padną, brak robaka zły znak.



Kto zgadnie co jadł Adaś?