sobota, 26 listopada 2011

Temari

Temari miałam zamiar pochwalić się w grudniu, ale w sumie, to już tuż tuż, to co mi szkodzi zabłysnąć już teraz. Od razu się przyznam że środkowy pas ze wzorkiem to czysta improwizacja i dlatego nie jest taki idealny, ale co mi tam, Za mistrza w tej dziedzinie się nie uznaję ;).



piątek, 25 listopada 2011

Beatrycze

Beatrycze — imię żeńskie pochodzenia włoskiego. Wywodzi się od słowa oznaczającego "przynosząca szczęście".


poniedziałek, 21 listopada 2011

Regina

Naszyjnik wykonany babkowym sznureczkiem, troszkę szydełkowej makramy i kilka koralikowych gadżetów.

Regina — imię żeńskie pochodzące od łacińskiego słowa regina - królowa. Imię to nawiązuje do miana Regina Coeli, którym określa się Matkę Boską Królową Niebios. W Polsce zanotowano je już w 1386 roku.


niedziela, 20 listopada 2011

Maksencja

Maksencja — imię żeńskie pochodzenia łacińskiego, pochodzące od łacińskiego imienia Maxentius, które wywodzi się od słowa maximus "największy, najwspanialszy". Patronką tego imienia jest św. Maksencja z Beauvais, Szkotka z pochodzenia.

Taki mały miks frywolitki z makrama szydełkową i kamyczkami.





W tym roku zaraziłam dzieciaki ochotą na zbieranie grzybów. Niewiarygodne, mamy 20 listopada, a one przynoszą mi taki łup.

piątek, 18 listopada 2011

Arielka

Z racji braku poszukiwanego ognia, naszła mnie refleksja, że musiałam się zrobić nudna. Dlatego zmobilizowałam się troszkę (ale tylko troszkę), odkopałam zapomniany już aparat i cyknęłam kilka fotek dobrodziejstwa jakie stworzyłam. Coby hurtem nie pokazywać, jak to mam w zwyczaju, rozbije otrzymany materiał na kilka postów.

Wreszcie udało mi się zrealizować mój filcowy plan. Zabierałam się do czesanki kilkanaście razy... niestety tylko w myślach. Aż pewnego wieczoru, myśli straciły swą ulotność i stały się ciałem stałym. Swoją droga muszę wspomnieć, że filc to jest taka moja pięta Achillesowa. Cuda bym z niego zrobiła, gdyby nie specyficzne dźwięki jakie wydaje podczas obróbki. Nienawidzę różnego rodzaju zgrzytów, szelestów i innych trudno do nazwania dźwięków. Aż wykręca mnie wtedy w uszach na drugą stronę. Brrrrr

Nie byłabym też sobą gdybym nie nadała jakiegoś fikuśnego imienia. Dziś będzie to Arielka

Ariel (hebr. אֲרִיאֵל) – imię męskie pochodzenia biblijnego. Wywodzi się od hebrajskich słów oznaczających "lew Boga". W Starym Testamencie używane było jako alternatywna nazwa miasta Jerozolima. Żeńska forma to Ariela.



piątek, 11 listopada 2011

Ogień poszukiwany

No proszę, to już listopad, a u mnie jeszcze ani jednego wpisu w tym miesiącu. Na co dzień tworzę, ale "tfórca" ze mnie żaden bo większość prac nie doczekało się idealnego zakończenia. Brakuje im tak zwanej wisienki na torcie. Owa wisienka będzie, ale jeszcze nie teraz.
Między jedną twórczością, a drugą dopada mnie jeszcze kilka fochów, zwłaszcza wtedy gdy siadam przed komputerem i czuję lekki niesmak, niezadowolenie z powodu nie znalezienia interesującego punktu zaczepienia. Przeglądam różne informacje i stwierdzam: nuda, nuda i jeszcze raz nuda, brakuje mi czegoś takiego... z biglem! Skrzynka mailowa też nie napawa mnie optymizmem gdyż od kilkunastu dni jedynie co na nią przychodzi to spam, brrrr o zgrozo. Może znalazłaby się jakaś rozrywkowa duszyczka, która do mnie napisze?
Brakuje mi ognia w życiu.

piątek, 28 października 2011

Z Życia Pleszewa




Z racji tego, że chwilowo jeszcze nie mogę pokazać na blogu tego co już wkrótce myślę, że będę mogła zaprezentować, a właściwie będzie mi wolno, postanowiłam wrzucić tu sobie ot tak na pamiątkę wycinki z gazety Życie Pleszewa.

czwartek, 20 października 2011

Chrzest żubrów

Dziś odbył się "chrzest" żubrów. Oto tabliczki z imionami, płcią i miejscem narodzin.

Imprezę rozpoczęła dyrekcja


Każdy laureat konkursu władał samodzielnie tabliczkę swojego żubra.


Jeszcze tylko wręczenie drobnych, ale bardzo ciekawych nagród... i można iść do żubrów.

Zostaliśmy wpuszczeni tam gdzie normalni turyści dostępu nie mają czyli do miejsca gdzie żubry są karmione. Te na dźwięk, że jest coś wrzucane do koryta, śmiało ruszyły z kopyta.

A to moja chrześniaczka Pociemna. Mizerota mała jak na razie.


Mała bo mała, ale do koryta dopchać się umiała bez problemu.


Tu Adaśko ma za zadanie karmić żubry suszonymi dębowymi gałązkami.




W dalszej części udaliśmy się na zwiedzanie. Misiek o mały włos nie rozegnał całej imprezy gdy w jednej gablocie ujrzał coś co umiał nazwać. Ciu ciu i ciu ciu, aż pani przewodniczka musiała na chwilę przerwać bo nie była słyszalna.



piątek, 14 października 2011

ja, czy nie ja?!



Marudziłam, marudziłam i wymarudziłam. Wreszcie moja artystka machnęła mi karykaturę. Dzięki Ania.

czwartek, 13 października 2011

Pociemna


W tym roku w Pokazowej Zagrodzie Zwierząt w Gołuchowie przyszły na świat 4 małe żubry. Ośrodek Kultury Leśnej ogłosił konkurs na imiona dla tych cielaczków. Warunek jaki trzeba było spełnić to 2 litery od których musiały się one zaczynać, a mianowicie PO... szczególnie mile widziane były imiona, które nie figurują jeszcze w krajowym rejestrze. Postanowiłam wziąć udział. Wysłałam 4 propozycje. Ku mojemu zaskoczeniu dziś odebrałam maila oznajmiającego iż zostałam jedną z 4 laureatek. Konkurencja była spora. Zważywszy, że swoje typy zgłosiło w sumie 304 osoby spośród których zostałam zauważona.
No cóż, dla mnie to szczęście. W realu nie dane mi było być matką chrzestną żadnego dziecięcia, zatem niech i będę chrzestną dla żubrzycy :)
Mój typ (jeden z czterech jakie wysłałam) był "Pociemna". Pomysł pochodzi od rzeki Ciemna, która przepływa przez Gołuchów.
Już nie mogę się doczekać imprezy nadania imion. Mam nadzieje, że pogoda dopisze i będzie można zrobić sporo fajnych zdjęć. Nie wspomnę już o tym, że i żubrówka lepiej wtedy smakuje ;)

poniedziałek, 10 października 2011

Lepiej nie pytać jeśli naprawdę nie chce się usłyszeć odpowiedzi

Pacjent, który właśnie usłyszał wyrok od swego lekarza, tak jakby nie dowierzając temu co właśnie usłyszał, prosi o informacje na temat ilości dni jakie mu zostały. Lekarz próbuję wymigać się od odpowiedzi. Chory wmawia mu i sobie, że wszystko zniesie. Doktor ustępuje, wygłasza liczbę. Może dużą, może małą. Każda jest niewystarczająca. Pacjent popada w depresję.

Ja jak ten pacjent, zadawałam komuś serię pytań na temat liczb. Nie dużych, nie małych. A mimo wszystko straciłam chęć i wiarę w to co robię. Było siedzieć cicho i nie wybiegać przed szereg. To pewnie przez ten deszcz. Leje, wieje, jest zimno i... ogólnie do zadu.

sobota, 8 października 2011

Znów o remoncie

Między jedną, a drugą Jackową pracą postępują trochę prace remontowe
Kuchenna część szafy doczekała się wreszcie suwanych drzwi, Michał już nie przewraca mi talerzy i wszystkiego co się w szafie znajdowało.


U Oli w pokoju też już są drzwi, brakuje jedynie dwóch szuflad w środku i można się wprowadzać do szafy.


Na podłodze został wylany beton, funkiel nówka nie śmigany. Było to konieczne w celu wyrównania poziomu.

W sumie już niewiele zostało do zrobienia, tapeta na ścianę, panele na podłogę i już.
I to wszystko Jackowymi rączkami. Zdolny ten mój Jacuś, co nie?!

piątek, 7 października 2011

Rudnicka

Wczorajszego dnia nie zapomnę chyba nigdy. Pomyślałam sobie, że pójdę na to spotkanie z Rudnicką, usiądę sobie gdzieś niepozornie w kącie niczym szara mysz i będę słuchać. Hmm, czego też mogę się nasłuchać, przecież jej blog mam w małym paluszku, wszystko już "chyba" wiem. Na wszelki wypadek przygotowałam sobie w głowie jakieś urozmaicone pytania na wypadek gdyby pozostali słuchacze zapomnieli języka w buzi lub nie umieli zapytać się nic innego jak np: z kąt czerpie pani pomysły. Podjeżdżam na parking, stoi autko którego rejestracja wskazywała, że gwiazda już jest. Autko błyszczy nienagannie lakierem, ani grama kurzu, nie ma na czym pozostawić napisu "brudas". Myślę sobie, no to, to jest ta jej "chmurka", chmurka?? jaka chmurka, sądząc po kolorze chmura gradowa! ale co tam, lecę do biblioteki no bo w końcu ile można się ślinić na widok cudzego samochodu. Niestety byłam zmuszona zabrać ze sobą Michasia. Zaopatrzyłam się w różne gadżety żeby się dziecko zajęło i nie przeszkadzało, niestety, na krótko starczyło. Moja pedantyczna dbałość o punktualność, a właściwie przybywanie na miejsce minimum 20 minut przed czasem, znów dała się we znaki, no i czekam, czekam, ludzie powoli się schodzą. Jak dla mnie za wolno, telefon w łapkę i zaczynam poganiać tego i tamtego, no gdzie jesteś i czemu cię jeszcze nie ma. W końcu przyszli, choć spodziewałam się na większą frekwencję. Trochę szumu i nagle widzę. IDZIE. No to zaczynam wdrażać w życie plan szarej myszy w końcu miałam tylko słuchać. Spuszczam głowę, nastawiam uszy niczym afrykański słoń:
- Dzień dobry, nazywam się Olga Rudnicka. - tu następuje mały przerywnik i gwiazda pyta która to p. Kamila. Ożesz w mordę. Chyba zacznę z wrażenia zęby z podłogi zbierać. Nawet nie wiem kiedy podniosłam rękę do góry niczym uczennica pierwszej klasy. Nasze oczy nawiązały kontakt, mało tego, widzę, że Olga idzie w moim kierunku, kurde, uciekać czy co? eee, dobra, też do niej doskoczę, co mi tam, raz się żyje, drugiej okazji pewnie nie będzie. Kurde, no takie emocje, że trudno cokolwiek opisać. Dalsza część przypuszczam nie odbiegała od normy. Miałam plan, że narobię kupę zdjęć, no ale się nie dało, nie żeby gwiazda była niefotogeniczna, wręcz przeciwnie, po prostu ja byłam w takiej euforii, że nie potrafiłam robić zdjęć, wszystko leciało mi z rąk, nawet sam aparat raz wylądował na podłodze, do tego jeszcze synek też próbował zwracać na siebie sporo uwagi. Aż momentami czułam się naprawdę skrępowana. Olga podpisała mi wszystkie moje, a właściwie wszystkie swoje książki. Spotkanie nie skończyło się na występie tylko w bibliotece, ale co było potem, to już zachowam w słodkiej tajemnicy, a co, wolno mi :D

poniedziałek, 3 października 2011

Rudnicka w Gołuchowie - zapraszam

Rany Julek, to się będzie działo
06.10.2011 Biblioteka Publiczna Gminy Gołuchów
godzina 16:00
gościć będzie ciałem i duchem, nie kto inny jak:
OLGA RUDNICKA


ja tam będę choćby nie wiem jakie gromy i pierony z nieba szły. Was też zapraszam.

niedziela, 18 września 2011

Tort imieninowy

Goście już poszli, talerze pozmywane, kac wyleczony. Wreszcie mam czas zasiąść do kompa. Korzystając z chwili ciszy pomyślałam, że pochwale się tortem jaki zrobiłam sama sobie. Nie zostało już z niego ani okruszka, wniosek, musiał być dobry. Ta zadziwiająca dekoracja to masa cukrowa. Pierwszy raz się nią bawiłam i jak to mówią pierwsze koty za płoty, nie najgorzej wyszło, następnym razem będę mądrzejsza. W każdym bądź razie gościom bardzo się podobało ciacho, a co najważniejsze smakowało. Co niektórzy myśleli że dekoracja jest z materiału :)

czwartek, 8 września 2011

Książki na wymianę

Jakiś czas temu robiłam remanent w mojej biblioteczce. Kilka książek z powodu zmiany upodobań jakoś przestały mi być potrzebne i pomyślałam, że może jest ktoś kto chciałby się na coś zamienić. Oto kilka pozycji:

Książki w formacie A4, "Zasłony i rolety" oprawa twarda, "Wystrój okna w 2 godziny" oprawa miękka. Stan idealny.



"Elementarz ogrodnika" oprawa twarda
"Koniec i początek" romansidło do poczytania w ogrodzie, oprawa miękka
stan idealny


Te trzy pozycje w miękkiej oprawie. Stan idealny



Kuchnia włoska i grecka oprawy twarde
Kuchnia mikrofalowa oprawa miękka
stan idealny


Zainteresowani, proszę pisać kawa80@gg.pl

środa, 7 września 2011

Natura ukazała swoją potęgę.

Natura ukazała swoją potęgę. Brak mi słów na to wszystko co dookoła widzę. Nawałnica, gradobicie, latarnie, słupy wysokiego i niskiego napięcia, drzewa połamane jak zapałki. Z kilku domów zabrało dachy, co szczęśliwsi swoje straty obliczają w brakach kilku płyt eternitu w dachach budynków gospodarczych. O zniszczeniach na polach ani nie wspomnę, wszystkie rośliny wyglądają jak po akupunkturze. Brak prądu przez 2 doby. Ale żyjemy. Mamy co jeść, pić, mamy w co się ubrać. Mamy jeszcze dach nad głową.

Foto
Foto
Foto
Foto

Przez te 15 minut nie było mi do śmiechu. Woda lała się przez zamknięte okna do domu. Grad walił w szyby które o dziwo dały radę i nie popękały. Woda lała się nawet kominem od wentylacji w łazience. Chciałbyś ratować ale nie widzisz co i jak po ciemku. Dzieci przerażone, ale w miarę zachowały zimną krew, ale kiedy wyważyło drzwi balkonowe to nawet mnie strach obleciał.
Zawsze sobie myślę, że co komu pisane, to go nie ominie. Do tej pory udawało nam się że wszystkie te żywiołowe katastrofy przechodziły gdzieś bokiem. Tym razem i nam się dostało. Skoro już musiało, dziękuję że jest tak jak jest, bo przecież mogło być gorzej.

sobota, 3 września 2011

Opowieść o plemniku.



Czasem sobie myślę, że ktoś tam na górze nade mną czuwa. Daje mi coś z nienacka (sory babole nie wiem jak to poprawnie się pisze) a za moment ten ktoś ma niezły ubaw z moich dalszych poczynań. Już wyjaśniam o co biega, jeśli macie w obecnej chwili brudny monitor to go nie czyście bo zaraz go i tak zachlapiecie tak jak i ja gdy tylko sobie przypomnę co zrobiłam.
Zaczęło się jak zwykle niewinnie. Miałam udać się do pewniej solenizantki na imieniny, jednak lenia dostałam i kompletnie nie chciało mi się szlachetnych czterech liter z miejsca ruszyć. Los sprawił, że w kuchni zrobiła się mała awaria. Nad awarią zapewne czuwał ów ktoś do góry. W planie na przyszłość, kiedy to już uporamy się z remontem w pokoiku chciałam po przestawiać to i owo w kuchni, niestety przestawki te łączyły się z dalszymi finansowymi kosztami. Na co mój szanowny majster-małżonek nosem kręcił, że nie teraz, że za drogo itp itd. Awarią był kran i woda która się z niego wydostawała i płynęła sobie cichaczem pod boazerią. U nas nic widać nie było, za to piętro niżej z sufitu kapało.
Skoro awaria to i odstawianie wszystkiego, jak już odstawianie to prawdopodobnie i kucie muru, jak poważniejsze roboty to oczywiście z maluchami trzeba było emigrować z domu żeby szanownemu majstrowi nie przeszkadzały i narzędzi nie zabierały. Szanowny majster stwierdził że skoro już trzeba kuć to i te nowe przyłącza od razu zrobi i tu czuwającemu na górze za to dziękuję (majstrowi przy okazji też)
Chcąc nie chcąc trzeba było się na te imieniny wybrać. Po drodze musieliśmy wstąpić po kwiatki, bo jak tu do kobiety bez kwiatów iść. Pozostawiłam dzieciaki z najstarszym synem pod sklepem bo tam gdzie i kwiatki tam i niestety zabawki były gdybym weszła z maludami nie obyłoby się bez zakupu czegokolwiek. No to galopem wskoczyłam do sklepu po lewej stronie zamówić kwiatka, ale nie była bym sobą gdybym jakiegoś numeru solenizantce pół żartem pół serio nie wykroiła. Z samymi kwiatami łyso iść, a ów pani wszystko ma, więc trafić w gust ciężko, ale było coś co spełniało kryteria. Przypomniało mi się że chyba widziałam takie coś w sklepie na przeciwko. No to galopuję tam i co widzę?? Niestety, do kasy mega kolejka. Rozglądam się po półkach i upragnionego gadżetu nie widzę, no więc działając impulsywnie przeciskam się do kasy i walę z grubej rury do ekspedientki:
- Czy to u pani widziałam plemnika z alkoholem?
- Słuchaaaaaaaaaaaam????????????? - Szanowna pani wybałuszyła gały i z miną jakby chciała sobie przypomnieć czy oby tego dnia na pewno założyła majtki lub czy czasem nie rypnęła się z kalendarzykiem małżeńskim, lub też czy już biec po test ciążowy, zmieszana czekała na moją odpowiedź. No to tłumaczę gestykulując przy tym rękoma
- No taki plemnik, fiolka w kształcie plemnika z zakręconym ogonkiem, z alkoholem w środku !!!!
- Nieeee! Pierwsze coś takiego słyszę. - a dookoła słychać już rechot pozostałych klientów. No fakt, to jednak nie tu widziałam plemnika.
- a to dziękuję, to chyba jednak było w innym sklepie - i teraz nawet już wiem w którym. Czy byłam czerwona? Pewnie tak, ale było gorąco, a mnie się śpieszyło. Za to jak teraz sobie przypomnę to zdarzenie to sama z siebie śmiejąc się doprowadzam się do łez i zachlapanego monitora. Szanowny na górze też pewnie się kula ze śmiechu